U. Benka, 1981

 

 

Urszula Benka

Wiersze

 

Kocham cię czule, najczulej

 

Kocham cię czule, najczulej,
ale czemu co noc
chcesz, bym białym snem i szeptem
pełzła z łóżka na podłogę,
w kąt, gdzie dziecko nasze śpi?

nasze dziecko jest ostatnio takie blade,
krzyczy przez sen
i krzyczą jego powstające włosy,
i kołyska trzeszcząc się wznosi,
kiedy twarz nad nim pochylam

zrywam się ze snu na nogi
a ty w uśmiechniętej zadumie
całujesz moją dłoń,
pieścisz ramiona i piersi, aż z rozkoszy
wiję się i w dół osuwam,

i do dziecka, które w swoim kącie,
pełznę skupiona i powoli
na bladym czole składam pocałunek
dziecko umiera rozmarzone,
z krzykiem się budzę

ty milczysz w uśmiechniętej zadumie
gdy na podłodze robak się kręci
i patrzy w moje oczy i wiem, że wszystko rozumie,
więc razem szepczemy po nocy:
kocham cię czule, najczulej

 

 

 

Adoracja

 

Księżyc patrzy w Ziemię jak w monstrancję

Księżyc coraz bledsza coraz mniejsza

coraz bliższa lejów dzieciństwa

swojej Ja bawiącej się jak piłką

oślepiającym To

 

Księżyc zawsze wiedziała że Ziemia to jej To

pełne zwierząt i oceanów

i że To ma swoje sobowtóry

planety

 

Księżyc cała blada z wyczerpania

widzi jeszcze inne ciała kosmosu

pełne technikoloru

 

Świeci z bólu swoją małą Ja

dla To - boska

 

Katowice, 2 kwietnia 1993

 

 

 

Bestia i dusza

 

Moja dusza jest tylko szczeliną

w spękanej ziemi

Wiem o niej tylko tyle że ma

ostre krawędzie

można palce poranić do krwi

można umrzeć z upływu krwi

można potknąć się wpaść w tę szczelinę

tyle razy z niej uciekałam jak z otchłani

oślepła z przerażenia na myśl

że tam w środku w samym sercu labiryntu

ujrzę jakieś białe wywrócone

oczy które wśród tortury ekstazy

mnie dostrzegą jako boski promień

i zadrgają w kącikach jak u świętych

więc wspinam się do góry

i na brzegu leżę i oddycham

 

Katowice, 25 lutego 1993

 

 

 

Dziwna rozkosz

 

Co tu kryć – razem z moim Nerwowym Kochankiem

mamy taką podejrzaną pasję

udziwniania rozkoszy...

 

Na przykład punktualnie o północy lubię pochylać się nad jego twarzą

trzymając w dłoni klepsydrę

(to jest taka nasza Muza Dzika)

w ten sposób otumaniam sny:

czasu i Nerwowego Kochanka

aż sny łączą się w jedno wcielenie bólu

wprost histeryczne –

wtedy

Nerwowy Kochanek doznaje błękitu:

szarpie mnie za włosy aż wyzwalają się z nich nużące i ciężkie

odłamy wschodu

płynąc w głąb klepsydry kamienują czas

ja głośno krzyczę

 

– To taka dziwna rozkosz... zgmatwać czas... –

mówi Nerwowy Kochanek miriadami sekund

dźwięcznych i mrocznych

barwiąc mi powieki – na fiołkowo...

po czym zachwycony tym odkryciem pyta:

– Czy bardzo już jestem wypaczony?

Cóż począć potwierdzam roniąc drobiny wzroku na suknię

– Czas bywa niebezpieczny – szepcę – jestem niewidoma

Jak sądzisz

czy takie wrażenie powinno być mocne?

On milcząc wzrok mój zbiera i do ust podnosi

wargami wygniata twardą ciszę

a w miejsce moich wyczerpanych oczu ściele

widzącą muzykę

 

– To taka dziwna rozkosz... dźwigać na powiekach ciężką muzykę

i kłuć innym wargi

muzyką która widzi

tak aż staną się przezroczyste ich czoła

i wyemanują tęsknie krew sentymentalną –

to mówiąc chwyta mnie za włosy i przybliża usta –

próbuję się cofnąć ale znękany bierze w zęby moje włosy:

– Jakaż przedziwna rozkosz... miażdżyć...

muzykę oczu też ci zmiażdżę

to taka dziwna rozkosz starych pomarszczonych jabłek

milczących czarownic które dręczą zegary

nieporuszona patrzę w jego oczy

– Zostaw mnie: miłość jest magią wyłączną

co najwyżej spróbuj ją egzorcyzmować

to wynika ze szkieletu psa

ta twoja szansa:

weź szkielet psa, dokładnie połam

i chociaż raz bądźmy niewinni jak

nienormalne dzieci

tak – nienormalne

 

Ale raz rozbudzony Nerwowy Kochanek jest już krnąbrny:

– To taka dziwna rozkosz... – szepce – być martwym przywidzeniem

szalonego zegara

i zjadać takie długie włosy blond

w myśl liryki czystej

by na koniec stać się

a f o r y z m e m  e k s c e n t r y c z n y m !!!

 

 

 

Intermezzo

 

Cały ogród mej płci przewala się na wznak

Cztery niepodobne sobie księżyce

w tańcu katedr i morskich fal

patrzą w płeć jak w ciemność widzenia

oślepłego poety co te kilka wersów

wyszeptuje z zaświatów w głąb ogrodu

 

W gruncie rzeczy idzie pustką plaży

 

Nienawidzę tego Kto Myśli — zaciska się bluszcz

Żądła pordzewiałej siatki z parkanu

pod ziemią drażnią wrażliwe futerko

Pną się wiotkie i muzykalne

gałązki stłuczonego witrażu

 

Ślepiec idzie — wiatr dla niego jest potworami

 

Patrzę jeszcze na goździk rozerwany przez świt

w jarzącym ogrodzie mojej płci

miękkim wklęsłym mokrym z wyobraźni

przez sekundę nie myślę o krwi

 

A duchy sprawiedliwych blednieją na piasku

 

Krzyczą ptaki i krzyczą księżyce

czterokształtne nad zapomnianym oceanem

 

Nowy Jork, 12 września 1991

 

 

 

* * *

Na brzegu muszle: rozpłaszczone kule

kule roztargane jak gwiazdy

Wynurzyła się z nich: zachowały do dziś jej woń

i połysk piany

 

Morze szumi w zaciśnięciu swych chmur

żylastych

Pada zielonkawy promień

w zimny piasek

 

Tędy szła w swoim wieńcu demonów i planet

ciężkich księżyców

Pozostały zadrapania na skałach

i przypływ

 

Morze drga rozrąbane na pół

o zachodzie

Drobna łódź zasnęła

na wodzie

 

Tędy w plusku zniknęła w wirze nieugięta

gwiazdy się zatrzasnęły

Został brzęk

a na łodzi szron się zabielił

 

Nocą ocean się zabliźnia

z wysiłkiem i drży

Świecą muszle

całe we krwi

 

Nowy Jork, 9 września 1991

 

 

 

Penelopa

 

Codziennie o świcie wychodziła nad morze

stawała na najdalszym falochronie i czarną

zdjętą z głowy chustką rysowała znaki

powietrzne

niedoścignione

 

(podobne do okrętów ze zmarszczonymi czołami

i ponurych koni i fałszywych grot

i wieszczb)

 

ptaki przelatujące nad portem zgarniały piórami

to nawiedzone powietrze:

gdzieś indziej na trasie ich lotu

stawały się eposy i glorie

 

wracając witała rosnące wkoło czarne skały

i z każdym dniem

stawała się coraz bardziej

nieregularna i uboga

 

 

 

Rosa księżyca

 

Moja mała dziecięca Ja siedzi w lesie,

na kolanach tuli swoje To,

futro To błyszczy w księżycu

i w bagnie.

 

To grzeje się na łonie Ja, przebiera pazurkami

rozczulone zielenią i niewinnością,

mruży oczy, opowiada jej wiele

mową ciała.

 

W mowie ciała buzuje nieśmiertelność

i skrapla się o wschodzie księżyca

na pniach i tataraku — To

łasi się u piersi.

 

Moja mała dziecięca Ja rośnie

i To rośnie: są olbrzymką i tygrysem,

są pod wielkim rozpalonym baobabem

w blasku

 

Księżyca ogromnego nad nimi

ogromnego jak świat,

w rysach, z wyciągniętymi

szponami.

 

Katowice, 1 kwietnia 1993

 

 

 

Studnia z demonem

 

Demon naszego ślubu zamieszkał

w blaszanym wiadrze u studni na skraju lasu

i odtąd idziemy tam

osobno

noc w noc:

ja spuszczam wiadro, ty ciągniesz sznur,

a gdy pijemy, nasze ręce z każdym haustem

oddalają się

i żaden głos

nie zmąci klarownego plusku,

gdy demon naszego ślubu

siada na powierzchni wody

obnażając się w miarę, jak widać dno

i podaje nam po wielkim parasolu:

pod twoim jest nasz dzień,

pod moim nasza noc,

więc ty bez nocy, a ja bez dnia

wracamy nic nie widząc przez płótno parasoli

i najpierw krążymy przy studni, gdzie on

tymi dłońmi,

którymi my nie umiemy dotknąć,

głośno wali w blaszane wiadro.

 

A potem, ogłuchli pod parasolami,

uśmiechamy się sennie i biegniemy do domu,

jakbyśmy siebie nie znali,

aby poznawać się wreszcie przemocą.

 

 

Uniesienie

 

W ramionach mężczyzny tracę rozum. Ta podwójna nagość

jest jak grudniowa noc. Urodziłam się w grudniową noc

obrzędu śmierci. Gdzieś nad wodami zarazem

wschodziła czystość bestii srebrną świętą Luną.

To z krain wzroku bestii spłynęły ramiona mężczyzny,

a jego wola

od tamtych źródeł lśniła zimnymi jeziorami wśród bagien

Tam właśnie iść... I niech zamarzną ślady

szkląc się twardą purpurą mrozu,

niech księżyc drży odbijany w przezroczystych rafach

mego ciała, lodowej góry.

Wzrok bestii jak kolia

drogocenna — rozmieszcza błyski szczęścia

w tańcu bez słów, a gdzie dotknęła stopa,

szrony iskrzą szaleństwem i w zgłodniałych błotach

coś się pręży. Przenika ból:

 

Pamięć, zrozum, nie zdoła tych chwil zachwytu uchować

wola na bagnach bluźni, ściga cienie imienia,

gdzie księżyc przed nią rysuje w zmarzlinach rozumne bruzdy

i w obojętnym szaleństwie rylec jaskrawo mu pęka

W ramionach mężczyzny po ciemku wyczuwam wrażliwą sierść

grudniowej nocy. I rodzę się nieskończenie obca.

A on zaciska powieki. Wiem,

że nie on. Wiem, że bagno uwiedzioną w nie kocha!