U. Benka, 1981

 

 

Urszula Benka

Kielich Orfeusza

 

niektóre wiersze z tomiku

Orfeusz i dusza

Mężczyzna schodził w ciemność

Wiedział że jeśli będzie wytrwale szedł

Natrafi w końcu na swą żonę

Ona będzie bez reszty naga

Wszyscy którzy zstępują w mrok

Zdejmują z siebie wszystko nawet ciało

Przeto pozna nareszcie swoją żonę

Tak jak nigdy jej nie znał dotąd

Ujrzy duszę i doświadczy jej nareszcie

Może całe to miejsce jest jej duszą?

(…)

 

 

Nie wiem kim byłeś Orfeuszu

 

Orfeusz tym razem zstępował w ciemność

Bez łaski

Już w progu czuł zupełne opuszczenie

Dusze jakie wzywał ku światu

Ociągały się przywierały do głazów

A on był zmęczony swoją śmiercią

Nie chciał szarpać duszy Kaina wczepionej w korzenie

Dusza Kaina wyglądała tak nędznie

Mogła podrzeć się i Orfeusz

Musiałby nieść jej ochłap

Zresztą wielu cofało się przed nim dysząc

A wielu usłuchało lecz pchali się na oślep

Tak że upadł i potem czuł na sobie tylko

Ciężkie stopy zbawionych jakby był w istocie

Ich drogą


 

Kamień Orfeusza

 

Gdy Orfeusz zrozumiał że nie ujrzy Eurydyki

Skierował się do Tespiów

W tym najświętszym sanktuarium Erosa

Wizerunkiem Boga był głaz

I Orfeusz modlił się do głazu

 

 

W blasku ziemi

 

Gdy Orfeusz wychodził z Hadesu

Była noc

Olbrzymi księżyc świecił prosto w twarz

Wszystkie dusze pozostały za plecami

Przed nim były jedynie ciała

Witające go teraz srebrnym blaskiem

 

 

W ciszy

 

Słuchacze kochali Orfeusza

Rozumieli go i znajdowali zawsze odzew

Bez bariery jaka zwykle tkwiła w sztuce

Gdy menady rozszarpały jego ciało

Wieprz w niepojętym uniesieniu lizał serce Orfeusza

Pies lizał stopę która stała na brzegu Hadesu

Zachowując zapach tego miejsca

Menady zlizywały swoje palce

Bowiem grały na Orfeuszu

W sposób który nie mógł nie poplamić

Który sięgnął aż do wnętrzności

I bił czołem o głazy Lesbos

 

 

W ciemnym lesie

 

Orfeusz szedł przez las

Gałęzie szeleściły i kruszyły się zeschłe liście

Spotniałe dłonie Orfeusza przemykały po strunach instrumentu

I po pniach tej gęstwiny jakby puszcza

Podsuwała się własnymi wnętrznościami

By dać wyraz temu co zobaczył

I powtórzyć to swoim echem

 

 

Źrenica Orfeusza

 

Na samym końcu drogi

Orfeusz ujrzał oczy

Sam miał oczy szeroko otwarte

Czym się różnią od moich? Czyżby niczym?

Przypatrywał się tedy z napięciem

Ale czuł wstrząsającą oczywistość

Tego że widzi wszystko

Co w otchłani można zobaczyć

 

 

Ścieżka Orfeusza

 

Orfeusz czuł że jego ścieżka ma w sobie coś z Boga

Że na niewidzialnych skrzydłach niesie się przez świat

Pełna uskrzydlonych progów i bram

I lekkich jak oddech rozstajów

 

 

Brama Orfeusza

 

Orfeusz czuł że z każdym krokiem przestępuje którąś z bram

Jakby kosmos i na ziemi i w otchłani

Był labiryntem skarbców

Jakby kosmos i na ziemi i w otchłani

Był winnym gronem świątyń

W nieskończonej alei światów

Ta ostatnia zaś brama chyżo mknie

Porywając jego stopy niczym okręt

 

 

Orfeusz na górze

 

Gdy Orfeusz dotarł do Parnasu

Był zmęczony i wygrzebał sobie dół w leśnej głuszy

Kiedy przytuliło się doń zwierzę

On je objął jak Eurydykę

Potem rano pili razem ze strumienia

I razem odbijali się w wodzie

A ich ślady na brzegu wyglądały jak jeden ślad

Razem też wspięli się na szczyt

A świat z góry dał się ujrzeć jednocześnie

Okiem bestii i okiem Orfeusza

 

 

Misterium Orfeusza

 

Góra Parnas była wielka jak otchłań

Całymi miesiącami Orfeusz doznawał puszczy i skał

Zbliżał się do źródeł i kamieni

Głaskał ścieżki tak jak gładzi się struny instrumentu

Poznawał też jaskinie jakby wnikał w to miejsce

Najtkliwiej jak potrafił

Gdy góra rozkwitła kwiatami

Orfeusz czując jej szczęście

Drżał w pokornym uniesieniu

 

 

Sacro canto

 

W grzęzawisku prawdy i piękna

Odbijały się czarne olchy

Wył wiatr

Słońce rozświetlało tłuste ślady

Zostawiane przez Orfeusza

 

 

Uczta Orfeusza

 

Nie jest prawdą że Orfeusz jedynie płakał

Po odejściu Eurydyki

On się sycił jej ciałem i smakował je w nowy sposób

Gryzł jej usta i piersi

Ssał serce

Kiedy przełknął wątrobę i jelita

Wydał głos

Który brzmiał jak głos bestii

Kiedy zaś resztki tej uczty zostały obwiedzione

Wydzielinami Orfeusza

Bestie lasu odczuły swojskość

I węszyły w odpowiedzi na poemat

Który on zagrzebywał w zgniłych liściach

 

 

Instrument Orfeusza

 

Orfeusz pożerał białą rękę

Której dotyk czuł jeszcze przy pośladkach

I którego nie umiał zapomnieć

Jego lira także kiedyś była

Żywym żółwiem i żywą owcą

Ta lira jedną częścią swego ciała

Żyła w błocie i polowała

Inną częścią ulegała stanom paniki

I rzucała się w przepaść z falezy

Pamiętał oczy owcy i pamiętał jak oczy żółwia

Spoglądały spokojnie na rozbitków

Miotających się w wodzie – teraz były

Wiekuiście otwarte instrumentem

Orfeusz o tym wiedział i powoli

Wyciągał żyły z ciała swojej żony

I dodawał do dawnych strun

I namiętnie gładził je policzkiem

Wrocław, 2003

 

Od wydawcy

Kielich Orfeusza jest opowieścią o doświadczeniu otchłani – opowieścią podwójną, gdyż wykorzystującą prastary mit o Orfeuszu oraz enigmatyczną wzmiankę Ewangelii o Jezusowym zejściu do Piekieł wraz z legendami o świętym Graalu. I w rzeczy samej, w całej literaturze polskiej nie było dotąd takiej wizji.

 

MARIUSZ SOLECKI - DWÓJJEDNIA